Cześć! Jeśli widzisz błąd, coś ci się nie spodobało - albo odwrotnie, nie będę narzekać! - to zostaw komentarz pod postem. Chciałabym poznać opinię każdego, kto przeczyta coś z mojej nibytwórczości, nawet najkrótszą ;) ~AmebaQ

22 lip 2016

15. Ashley - Roshley On Tour

Postanowiłam to jednak wstawiać, dopóki się nie skończy. W sensie, dopóki nie skończą się rozdziały w zapasie, a my tego nie zawiesiłyśmy.
Może to dokończę sama, zobacz się, nie ma dużo do końca, ale na razie zapraszam do tego rozdziału.

***

- No ile można się spóźniać na własną próbę?! - warknęłam już na maksa wkurwiona.
Od pół godziny czekaliśmy na Calum'a i nie zapowiadało się, żeby to się zmieniło w najbliższym czasie. Naprawdę nienawidziłam czekać, a już zwłaszcza nie tak długo.
- Zawsze się spóźnia, ale w końcu przychodzi - stwierdził Luke.
- To długo będziemy jeszcze czekać?
- I tak mamy tylko jedną salę w studiu. Zacznijcie pierwsze, jak ten idiota łaskawie się zjawi, to się zamienimy - zaproponował Ashton, na co wszystkie trzy przytaknęłyśmy i weszłyśmy do sali.
Byliśmy w budynku, gdzie znajdowała się stacja radia. Miało tak długą, japońską nazwę, że nie zapamiętałam nawet jednego słowa. Mogliśmy wykorzystać jedną z sal radiowych do ćwiczeń, bo chłopaki i tak następnego dnia po koncercie mieli mieć tutaj wywiad.
Rose wyciągnęła kartkę od Agaty z torby i razem zaczęłyśmy się zastanawiać, jaką piosenkę mamy najpierw przećwiczyć. Dość długo nie ćwiczyłyśmy wspólnie, więc trochę zastanawiałyśmy się. W końcu padło na Let In Land. Od razu przypomniały mi się okoliczności, w których to pisałyśmy. Zaśmiałam się, a dziewczyny spojrzały na mnie dziwnie.
***
Kolejna kłótnia z bratem i kolejna ucieczka z domu. To już było monotonne, męczące. Czy to przeze mnie i moją obojętność? Nie wiedziałam, nie obchodziło mnie to w tej chwili.
Szłam pustym chodnikiem i kopałam drobne kamyczki, które napotkałam na drodze. Było już ciemno, ulice rozświetlały latarnie, a ja, nie przejmując, wsłuchiwałam się w ciszę. Niby dziwne, ale jak mieszka się w dużym mieście, gdzie zawsze jest hałas, takie chwile są bezcenne.
Przysiadłam na jednej z ławek, torbę kładąc obok siebie. Zawsze byłam spakowana; w środku były ciuchy na następny dzień, szczoteczka do zębów, woda i kilka batonów. Nie pierwszy raz uciekłam z domu, doskonale wiedziałam, że nie potrzebuję więcej rzeczy.
Mój brat pewnie teraz zadzwonił do matki i opowiedział jej o kłótni. Jak zawsze. Miałam wrażenie, że to wpadło nam już w rutynę. Ciekawe czy mnie do niej odeśle, czy wywali mnie z domu dla swojego świętego spokoju. Czy wszyscy muszą być przeciwko mnie? Czy każdy ma mnie dość? Życie jest podobno cenne, ale jakbym znikła nikt by nie zauważył. "Wszystko, czego nienawidzimy, kupiliśmy właśnie życiem". "Co wszyscy próbują zrobić?". Nie wiedziałam, przynajmniej nie w tamtym momencie.
"A co, jeśli mam to gdzieś?".
Wyjęłam z torby butelkę. Szklaną. Zanim jednak ją otworzyłam, by odpłynąć, wyciągnęłam z plecaka zeszyt i zapisałam w nim skrótowo moje myśli. Ciekawe, że dalej używam sformułowania "odpłynąć", podczas gdy wiem, że chcę się po prostu nachlać jak zawsze i powoli umierać.
W końcu to zrobiłam. Życiowe, jak i inne myśli zniknęły nagle, tak samo jak zdrowy rozsądek. Wstałam z ławki, chowając zeszyt do torby. Zawiesiłam ją przez ramię i poszłam przed siebie, opróżniając coraz bardziej butelkę. Płyn przelewał się przez moje gardło, niczym przez lejek, by trafić do i tak już pewnie zniszczonego przez alkohol żołądka. Niemal od razu zaszumiało mi w głowie. 
Po chwili byłam już w połowie drogi. Już wiedziałam, gdzie idę. Chwiejnym krokiem podeszłam do śmietnika, lecz nie trafiłam i szkło potłukło się na chodniku. Ups. Mój mózg zaczynał już pulsować, chyba wypiłam za dużo na raz. Ale tym także się nie przejęłam i ruszyłam dalej.
A może bym tak znikła? "Wcale mi nie będzie przykro, jeśli to wszystko zostawię".
W końcu dotarłam po drzwi jej domu. Zadzwoniłam i czekałam, aż mi otworzy. Chodź mogła tego nie zrobić. "Stoję tu, czekam". W trakcie czekania zaczęłam rozważać "nad tym co zniszczyłam", gdy w końcu drzwi otworzyły się, a w nich stała rozespana Rose. Uśmiechnęłam się głupkowato, ponieważ nie wiedzieć czemu, rozbawił mnie ten widok. Dziewczyna skrzywiła się tylko w odpowiedzi. Stałyśmy tak chwilę, aż w końcu zdecydowała się mnie wpuścić do środka.
- Znowu jesteś pijana?
Te słowa utkwiły mi długo w pamięci. Na bardzo długo. Dało mi to do zrozumienia, że ona także jest tym znudzona, mną.
Weszłyśmy na górę, gdzie położyłam się w jej łóżku. Rose mruknęła coś pod nosem, zabierając ode mnie plecak i kładąc go na krześle komputerowym.
- Śpij. I Ash... - spojrzała na mnie smutno, ale jedyna odpowiedź, na którą było mnie stać w tym stanie, to uśmiech. Blady i sztuczny uśmiech, który jej posłałam. - Nie pij już więcej. Ostatni raz wpuściłam cię do domu w takim stanie, rozumiesz?
Nie dostając ode mnie odpowiedzi, wyszła z pokoju. "Więc gdzie mogę się teraz udać, bez zapuszczania się za daleko?" - pomyślałam, ale od razu po tym zasnęłam.
Następnego dnia, jakimś cudem nie mając kaca, przelałam resztę wczorajszych myśli na papier. Była gdzieś 5 rano i mimo, że przyszłam do Rose prawdopodobnie z dwie godziny temu, nie mogłam dłużej spać. Wciąż rozmyślałam o wczorajszej, a właściwie dzisiejszej nocy. Nie była to pierwsza noc, kiedy się upiłam i poszłam spać do Rose, ale ta dała mi trochę do myślenia. A najwięcej do myślenia dały mi słowa przyjaciółki, o ile mogłam ją jeszcze tak nazywać.
Po cichu zeszłam na dół, żeby jej nie obudzić. Miałam szczęście, że jej rodziców nie było w domu. Zastałam dziewczynę śpiącą na kanapie. Prawie całą twarz zasłaniały jej włosy. Podeszłam do niej i je odgarnęłam.
Wpadł mi do głowy pewien pomysł. Prawdopodobnie była to pierwsza i ostatnia okazja, żeby to zrobić. A tak długo się z tym kryłam.
Pochyliłam się nad dziewczyną i musnęłam ustami delikatnie jej czoło. Mimo, że wyglądała tak kusząco, odeszłam od niej i najszybciej, ale i najciszej, wyszłam z jej domu.
Tydzień później pokazałam dziewczynom prawie skończony tekst. Rachel jak zwykle miała go gdzieś, ale Rose się nim zainteresowała. Napisała jeszcze jedną zwrotkę, bo jak stwierdziła, mój tekst był trochę za krótki i razem poprawiłyśmy refren. Przed nami czekało jeszcze wymyślenie melodii.
Na szczęście Rose zachowywała się normalnie, czyli na pewno wtedy spała. Nie wybaczyłabym sobie, gdybym znowu miała zniszczyć coś, na czym jako jedynym mi zależało, przez głupią zachciankę.
***
Ach, wspomnienia. To co czułam do Rose... to na szczęście już przeszłość. Chyba.
- O czym myślisz? Zabieraj się za próbę! - z rozmyśleń wyrwała mnie właśnie ona.
Po chwili się skapnęłam, że tylko ja stoję na środku, a dziewczyny są już przy swoich gitarach. Podbiegłam do perkusji i już po chwili zaczęłyśmy grać.
Po skończeniu piosenki, zagrałyśmy ją jeszcze raz i znowu, mówiąc sobie nawzajem o swoich błędach. Zawsze tak robiłyśmy, dzięki czemu efekt końcowy wychodził idealnie, ale dziś Rachel była jakaś... dziwna.
- Mówię ci, mylisz się ciągle przy trzeciej zwrotce, nie może to ciebie dotrzeć?! - po raz setny chyba mówiłam do Rachel, ale ta zbywała mnie machnięciem ręki, lub bardzo kulturalnym "odpierdol się".
- No kuźwa, nie wytrzymam! - krzyknęła Rose. - Zróbmy sobie przerwę. Albo najlepiej skończmy, nie było tak źle. Koniec próby na dziś!
- Świetnie, kurwa, świetnie. Dzięki, Rachel - warknęłam na dziewczynę, gdy Rose wyszła ze studia.
- Do mnie masz pretensje?! Ty się mnie o wszystko czepiasz! - wrzasnęła, równie wkurwiona jak ja.
Nie odpowiedziałam jej, tylko podniosłam się zza perkusji i wyszłam z pomieszczenia, trzaskając drzwiami.
- Co się stało? - sos'y spojrzały na mnie.
- Gdzie Ro? - spytałam, starając się uspokoić.
- Wybiegła z budynku - powiedział Mike.
Dopiero po chwili zauważyłam, że wśród chłopaków nie ma Luke'a. Ani Calum'a.
- A Calum jeszcze nie przyszedł? - zdziwiłam się.
- Przed chwilą tędy przebieg...
Ashton'owi przerwał głośny... pisk? Wszyscy spojrzeliśmy w stronę, skąd pochodził dziwny dźwięk. Po chwili z korytarza wyleciał półnagi Cal, piszcząc coś niezrozumiałego.
Zaśmiałam się na ten widok, a cała złość ze mnie uleciała.
- Co mu jest? - spytałam rozbawiona.
- Często ma takie odpały przed próbą. Gorzej jest przed koncertem.
- A co wtedy...
Tym razem mi przerwał pisk Cal'a. Założę się, że nawet gdybym chciała, nie umiałabym pisnąć tak głośno i dziewczęco jak on.
W końcu podbiegł do nas, cały zdyszany, a lewą rękę trzymał za plecami.
- Co się stało? - zapytałam niby poważnie, ale po chwili zaczęłam się śmiać.
- Uratowałem... - przerwał i zaczął wyciągać zza pleców, coś, co trzymał w ręce - Banana.
Tak, w ręce trzymał otwartego, ale nienadgryzionego, banana.
- Po co ci?
- Jak to po co? - wydawał się oburzony. - Wiesz jak ci Chińczycy...
- Japończycy - poprawił go Ash.
- ... Azjaci są szybcy?! Myślałem, że mnie zjedzą jak psa!
- Co?
Zaraz po moim pytaniu zaczął jeść swojego, wygranego w walce z Japończykami, banana.
- Czemu psa?
- Oni jedzą psy, co nie? Tyy... A co jeśli ten banan jest z psa? - spojrzał, nie dowierzając własnym słowom, na owoc. - Jakoś straciłem apetyt. Chcesz?
- Ni... Albo daj. Zgłodniałam po próbie, mogę zjeść nawet banana z psa. Ponoć mają zdrowe mięso, czy coś.
- O czym wy w ogóle mówicie? Przecież to banan, nie pies! - zaśmiał się Irwin.
- Skąd wiesz? - zapytał Cal.
- No właśnie, może Japończycy przerobili mięso psa na banana i zapakowali w skórkę? - mówiąc to, właśnie go jadłam.
- Ciekawa wizja - przyznał.
- A widzisz? A w ogóle, Cal, czemu powiedziałeś na Japończyków Chińczycy? Co jak co, ale myślałam, że ty wiesz więcej o Azjatach.
- Nie. Jestem. Azjatą. - dokładnie wyartykułował swoje zdanie.
- Serio?! Jesu, całe życie w niewiedzy. Serio nie jesteś? - zdziwiłam się. Ashton wraz z Michael'em zaczęli się głośno śmiać, a Cal poczerwieniał ze złości.
Nagle podeszli do nas Luke z Rose, przerywając nam tym samym rozmowę.
- Możemy zaczynać próbę - stwierdził Luke, po czym cała czwórka weszła do studia, a my z Rose usiadłyśmy na kanapie w holu.
***
Nadszedł nasz czas. Coś, do czego przygotowywałyśmy się w każdej chwili, fizycznie jak i psychicznie, miało nadejść za kilka minut. Stałyśmy już uszykowane; w specjalnych ciuchach na występ i z pełnym makijażem.
Stałyśmy tuż przy scenie, na którą miałyśmy zaraz wyjść.
- Myślisz, że się zawiodą? - zapytała Rose dość spokojnie.
- Czemu mieliby? I o kim mówisz? - zdziwiłam się.
- Fani sos'ów. Nie znają nas, a jak tak nagle wejdziemy na scenę i powiemy "cześć, zagramy przed nimi jako support, przez co oni mają krótszy repertuar" to myślisz, że się ucieszą?
- Jak tak to przedstawiasz, to nie. Ale może im się spodoba, nie wiesz. Może nas nawet polubią.
- Może - mruknęła niepocieszona.
- No nie bądź tak pesymistycznie nastawiona. Polubią nas, zobaczysz. Zdobędziemy własnych fanów! Przed nami wielki świat sławy, a ty się wahasz? Na razie musimy tylko wyjść i dobrze zagrać. Spodoba im się - pocieszałam ją, mówiąc rzeczy, w które sama nie wierzyłam.
- No nie wiem, może masz rację...
- Pamiętasz dzień, w którym się poznałyśmy? - zmieniłam temat.
- Yhym, ale... Chcesz do tego wracać? Wiesz, to nie były najlepsze czasy, zwłaszcza, że ty...
- Ciii - zatkałam jej usta dłonią, bo niedaleko nas stała Rachel, a co chwila ktoś przechodził obok. Nikt nie miał o tym wiedzeć. - Chodziło mi o to, że tak jak ja niepotrzebnie martwiłam się, że mnie przez to znielubią, tak ty o to teraz się martwisz. A niepotrzebnie. Rozumiesz mnie teraz?
- Ash, ja cię nigdy do końca nie zrozumiem, ale dobrze. Postaram się nie myśleć pesymistycznie, ok?
- O to chodziło - uśmiechnęłam się.
W tym momencie w naszych słuchawkach rozbrzmiał głos jakiegoś mężczyzny, prawdopodobnie organizatora.
- Zespół Serious Not Serious na scenę.
Zaśmiałam się, bo już dawno nie usłyszałyśmy od nikogo tej nazwy. Poważnie Niepoważne, co?
- Idziemy? - spytała niepewnie Rose.
Uśmiechnęłam się do niej, biorąc swoje pałeczki do rąk i odpowiedziałam.
- Show Must Go On, co nie?
***
Mimo tego, że chciałam do samego końca wspierać Rose i Rachel, żeby się zbytnio nie stresowały, po prostu nie mogłam, gdy stanęłyśmy już na scenie. Setki ludzi przed nami stało w ciszy i przyglądało się nam, a ja nie wiedziałam, czy to dobry znak, czy jednak nie. Ro trzymała mikrofon, bo ona jako główna wokalistka miała nas przedstawić, ale po jej oczach widziałam, że nie da rady. I po tym, że trzęsła się gorzej od galarety, jak każda z nas.
Raz kozie śmierć, pomyślałam, oczywiście nie chcąc zabijać żadnych kóz i zabrałam z jej ręki mikrofon.
- Cześć! - próbowałam uśmiechnąć się jak najszczerzej jak w tamtym momencie potrafiłam. - Jesteśmy Serious Not Serious i przez najbliższy rok będziemy w supporcie 5 Second Of Summer! Mam nadzieję, że nas choć trochę polubicie.
Wtedy dziewczyny podeszły do swoich gitar, a ja jeszcze stałam na środku.
- To jest Rose, nasza główna wokalistka i gitara - Na moje słowa przyjaciółka pomachała przyjaźnie do widowni - To Rachel, bas. Ale także śpiewa. A ja jestem Ashley i będę grała na perkusji. Więc... zaczynamy!
Z ostatnimi słowami do wciąż milczącej widowni oddałam Rose mikrofon, a sama przysiadłam do perkusji. Pierwszy utwór z trzech, które mieliśmy dziś zagrać to "Let In Land"*. Miałyśmy zacząć wolno, by rozkręcić się przy drugiej i trzeciej, a wtedy wejdą sos'y.
Rose zaczęła śpiewać. Głos jej drżał, ale po chwili się uspokoiła. Z pierwszymi słowami i nutami, zagranymi przez przyjaciółkę weszłam ja, a następnie Rachel.
Does anyone know at all where they're trying to go?
And what if I don't care at all? Cause I don't mind letting it go, no no
Cause everything we know is just something we're taught
And everything we hate is just something we bought along the line
And every time, I find myself asking why.
Zaczęły się szepty, a po widowni było słychać głośny szum. Niestety nie widziałyśmy przez reflektory za wiele, więc też nie wiedziałyśmy czy im się podoba. Kiedy Rose skończyła pierwszą zwrotkę, dołączyłam do niej ja i Rachel i razem śpiewałyśmy refren.
I'm staying here, waiting up, why am I waiting?
Weighing up everything that I've been breaking
I never let it hold me back, now I can barely hold it back
And now I'm staying here, waiting up, why can't I shake it?
Weighing up everything that I've been chasing
Slipping right through my hands,
Now I'm just gonna let it, I'm just gonna let it land
Drugą zwrotkę zaczęłam ja, co było zaskoczeniem dla widowni, która skomentowała to głośnym westchnięciem, kiedy śpiewałam. To dobrze?
So where do I get off now, without getting too far?
And how do you come back down, when you don't even know where you are?
W tym momencie skończyłam i musiałam się skupić na grze. Tyle by było z mojej solówki, to nie ja tu jestem od śpiewania. Z każdym dźwiękiem werbla, czy hajhetu, z każdą chwilą koncertu coraz bardziej się rozluźniałam, a granie przed tak dużą widownią w końcu zaczęło sprawiać radość.
Cause everything we know is just something we're taught
And everything we hate is just something we bought along the line
And every time, I find myself asking why
I'm staying here, waiting up, why am I waiting?
Weighing up everything that I've been breaking
I never let it hold me back, now I can barely hold it back
And now I'm staying here, waiting up, why can't I shake it?
Weighing up everything that I've been chasing
Slipping right through my hands,
Now I'm just gonna let it, I'm just gonna let it land
So keep your mind open
But always keep your mouth shut
And hide it if you're broken
But always keep your chin up
It don't matter where I'm falling
Cause I can't get my mind right
I need to pull it together if there's no one to catch me
Tym razem to śpiewała Rose, a refren śpiewały tylko dziewczyny. Ostatnią zwrotkę zaczęła Rachel, a z widowni dotarły do nas pierwsze szczęśliwe okrzyki i piski, więc musiało im się spodobać. Mam nadzieję, że reszta także im się spodoba.
I'm staying here, waiting up, why am I waiting?
Weighing up everything that I've been breaking
I never let it hold me back, now I can barely hold it back
I'm staying here, waiting up, why can't I shake it?
Weighing up everything that I've been chasing
Slipping right through my hands,
Now I'm just gonna let it, I'm just gonna let it land
Now I'm just gonna let it, I'm just gonna let it land
Now I'm just gonna let it, I'm just gonna let it land
Ostatnią część piosenki dziewczyny zaśpiewały na zmianę, ćwiczyłyśmy to bardzo długo, ale się udało. Gdy skończyłyśmy grać nastąpiła chwila ciszy. Nie wiedziałyśmy co myśleć; grać dalej, czy przestać i czekać na reakcję fanów, podoba im się, czy chcą już koniecznie sos'ów, a my mamy zejść im z oczu.
Nasze wątpienia rozwiały głośne krzyki widowni, która domagała się nas więcej lub wykrzykiwała, że jesteśmy godne grania jako support chłopaków, albo po prostu... że jesteśmy świetne.
To był chyba najszczęśliwszy dzień w moim życiu i na pewno zapamiętam go już na zawsze.
- To co? - nagle rozbrzmiał głos Rose.
Dopiero po chwili zobaczyłam, że stoi na środku i trzyma mikrofon w dłoni.
- Podobało się? Chcecie więcej? - wczuła się, widać to.
Piski i krzyki odpowiadały same za siebie.
- Chcecie?!
Wszyscy zbiorowo wykrzyknęli "tak". Uśmiechnęłam się na ten widok. 
- To gramy! - wyprzedziłam Rose, na co się zaśmiała i wróciła tam gdzie stała wcześniej, odkładając mikrofon na swoje miejsce. Zastukałam pałeczkami i zaczęłyśmy grać kolejną, szybszą już piosenkę.
Tak, to zdecydowanie najlepszy dzień w moim życiu.

*piosenka zespołu Tonight Alive, którym w opowiadaniu jesteśmy właśnie my, a przynajmniej wykorzystałyśmy ich piosenki, jako swoje.

13 lip 2016

Zgadnij co!

LBA po raz 3!
Już nie mam kogo nominować ;-;
Ale tak, hej, witam was w kolejnym liebster blog award tym razem nominowała mnie Koza Kozowata, której bloga bardzo polecam >.<
Przejdźmy do rzeczy!

1.Gdybyś mogła zamieszkać w dowolnym kraju na Ziemi - który to by był i dlaczego?
Wolałabym trzymać się Polski, jednak poza nią myślę, że mogłabym mieszkać albo w stanie California, albo w Australii, o ile można to zaliczyć pod państwo.

2. Którym rodzajem jesteś? Wolisz książki czy e-booki?
Wolę chyba książki, choć e-booki łatwiej się trzyma ;__;

3. Masz jakiegoś idola? Jeśli tak, to kto to jest?

Nie mam idoli, jak dla mnie to zbędne, ale lubię jednak czasem pośmieszkować i "szaleć" za Taeminem i M. Cliffordem mimo że żadnego nie słucham ich praktycznie w ogóle.

4. Co ci nie wychodzi? (w sensie, czy jest coś (np. gotowanie, tańczenie), co Ci kompletnie nie idzie?)

Ogólnie szybko się uczę, więc wiele rzeczy umiem tak trochę, jeśli ktoś mi powie, jak to zrobić (np. ruch w tańcu). Ale bez kogoś, kto mi podpowie, to nie umiem tańczyć ;-;

5. Masz jakiś ulubiony paring?

2min, TaeGi, JongKey, Muke, Lashton, KagaKuro, choć, ciekawostka, nie przepadam za rzeczami (zepół, anime), z których te postacie są.

6. Czy miałaś coś kiedykolwiek złamane? Jeśli tak, to co to było i jak doszło do złamania?

Nołp, nic, na całe szczęście, nie złamałam i nie zamierzam.

7. Jakim kolorem opisałabyś swoje życie i dlaczego?
Szary i żółty, ponieważ moje życie nie należy do jakiś ciekawych, ani szczęśliwych ani smutnych, po prostu sobie istnieję wśród innch, niezauważalna, szara, ale jednak są rzeczy, które w pewnych momentach czynią mnie szczęśliwą i najczęściej mają coś wspólego z kimś, na kim w danej chwili mi zależy i myślę. że oddaje to kolor żółty.
Życiowo się zrobiło.

8. Czy jest jakaś potrawa, którą jadłabyś do końca życia? A jeśli tak, to co?

Carbonaer, czyli makaron z serem i boczkiem. Kocham ser, kocham makaron i kocham boczek, więc odpowiedź jest prosta.

9. Jaka jest Twoja ulubiona książka, której akcja toczy się w dawnych czasach?

Jeśli do dawnych czasów można zaliczyć czasy, w których wiedźmin zabijał utopce, strzygi itp. to książka autorstwa Andrzeja Sapkowskiego "Ostatnie Życzenie".

10. Znasz jakiś język oprócz angielskiego i polskiego? A jeśli tak, to jak długo się go uczysz?

I znowu nic, mówiłam, że nie jestem zbyt ciekawa.

11. Google Chrome czy Mozilla Firefox? Uzasadnij.

Ponoć Mozilla jest lepsza, ponieważ Chrome uruchamia za dużo procesów i innych takich na samym otwarciu, jednak z tego drugiego korzystam o wiele częściej ze wzgląd na mniejszy pasek zakładek, a na tym zależy mi najbardziej, bo po prostu przeszkadza mi, jak coś zasłania niepotrzebnie ekran.

Moje pytania:
1. Jaki gatunek muzyki lubisz najbardziej?
2. Jaką potrawę potrafisz ugotować, usmażyć lub cokolwiek innego, bez patrzenia na przepis?
3. Czy czytałaś kiedyś książkę, ale nie podobała ci się ona tak bardzo, że jej nie skończyłaś?
3. Lubisz serial "Wikingowie"? Lepiej odpowiedz tak.
4. Grasz na jakimś instrumencie?
5. Wolisz biały, czy czarny i dlaczego?
6. Wierzysz w istoty nadnaturalne?
7. Wolisz mitologię słowiańską, nordycką, grecką, czy rzymską? Ulubiony Bóg/stwór?
8. Zdarzyło ci się kiedyś zasnąć w autobusie?
9. Czy dzięki swoim pracą wstawianym do internetu, poznałaś jakąś ważną ci osobę?
10. Na pewno znasz Harrego Pottera, więc jak myślisz, bliżej ci do charakteru Rona, Hermiony, czy tytułowego bohatera?
11. Groziłaś kiedyś komuś, albo szantażowałaś, by zdobyć to, co w danej chwili chciałaś?

Szczerze, to miałam nominacje, ale po pierwsze - większości blogów nie znałam, więc to trochę głupie z mojej strony, a resztę, które znałam i lubię po prostu się wstydzę. Więc nie ma nominacji, chyba że ktoś chce, w takim razie nominuję każdego, kto to przeczyta :')

I to tyle, dzięki, jeżeli przeczytałeś do końca i zapraszam na dalsze posty z mojego bloga ;)

8 lip 2016

Teathre - Rozdział 2

Taa, na razie ta seria będzie miała taki tytuł...
Poza tym to hej!
Pewnie ten rozdział was niezadowoli, zdaję sobie z tego sprawę, że jest tak trochę przejściowy, ale ja dopiero wrracam do pisania, więc dajta mi żesz trochę czasu.
Ale... Napisałam trochę Game In Darkness! Jeśli są jeszcze osoby, które to pamiętają, to mam nadzieję, że się cieszą :3 O ile dobrze pójdzie to będziecie mieli rozdzialik koło 15 lipca.
Ale na razie trzymajta to... coś.
PS. Gdyby ktoś nie czytał mojego posta, w którym mówiłam, że wracam, to zmieniłam imiona na polskie odpowiedniki.
PPS. Nie sprawdzałam rozdziału, ale mam nadzieję, że nie ma wielu błędów.
PPPS. Polecam sobie przeczytać poprzednie rozdziały, bo była spora przerwa.

***

- Wróciłam! - krzyknęła Ania głośno i wyraźnie.
Na dowód swoich słów, trzasnęła drzwiami frontowymi, wchodząc do ciasnego przedpokoiku. Nawet w zdrobnieniu pomieszczenie brzmiało na większe, niż było, ponieważ ledwo mieścił się tu wieszak i półka na buty, z której i tak nikt nie korzystał, więc obuwie walało się wszędzie. Dodatkowo trzeba było tędy przejść, żeby dostać się gdziekolwiek dalej, co dla Nan nie było już wyzwaniem po tylu latach spędzonych w tym domu.
Dziewczyna ściągnęła z siebie skórzaną kurtkę, strzepnęła z niej pojedyncze płatki śniegu, które nie zdążyły jeszcze się zamienić w wodę, po czym odwiesiła ją na wieszak. Przeszła w dalszą część mieszkania, nie przejmując się tym, że przy każdym kroku jej ciężkie buty zostawiają na wykładzinie błotniste plamy.
W kuchni była już o wiele większa przestrzeń niż w przedpokoju, choć przy obiadach cała czteroosobowa rodzina ledwo się tu mieściła. Kilka polakierowanych blatów z jasnego drewna, a nad nimi stare, lecz w tym samym fasonie półki stało pod ścianą. Na przeciw stała lodówka, zlew i kuchenka, a obie części kuchni oddzielało tylko okno, dlatego gotować mogła tylko jedna osoba naraz. Pół metra od aneksu kuchennego stał prostokątny stół, niedopasowany zbytnio do szafek, zrobiony z metalu, pomalowanego na biało. Przysunięty pod ścianę, zostawiał wystarczająco miejsca dla pięciu dębowych taboretów, które chwilowo były zasunięte pod niego. Gdy jednak ktoś siadał na końcu stołu, mógł dostać z drzwi, które przez popsuty zamek nigdy nie chciały się domknąć do końca.
W tym momencie jednak nie było widać szczegółów, jak wiecznie niedomyte, zarysowane od wielu lat użytkowania blaty czy zakurzona z wierzchu lodówka, a na niej równie brudna mikrofalówka. Ciemność spowijała całe pomieszczenie, a jedyne światło, dzięki któremu Ania cokolwiek widziała pochodziło zza okna, które przysłaniał cień jakiejś postaci. Z ruchów można było wyczytać, że patrzy się prosto na wejście, popijając coś z kubka.
- Hej - powiedział dojrzały, damski głos. - Miło chociaż raz cię zobaczyć w ciągu dnia.
O dziwo nie było w tym zdaniu żadnego sarkazmu, ironii czy też goryczy, tylko kobieta najzwyczajniej w świecie stwierdziła fakt.
- Cześć, mamo - odparła dziewczyna niepewnym głosem.
W chwilowej ciszy, która zapanowała między nimi, dziewczyna podniosła rękę i pstryknęła przełącznik, a sztuczne, żółte światło rozbłysło, odbijając się od kafelków i wody w misce psa na ziemi.
- Jak w pracy? - zagadnęła matkę, odchrząkając, by jej głos stał się pewniejszy.
Dało się jednak wyczuć chrypę, typową dla kogoś, kto dużo mówi lub śpiewa.
- Dzisiaj nic ciekawego, choć wiesz? Pamiętasz te koty cioci Darii, co je na działce trzyma?
Nan już wiedziała, że jej mama szykuję kolejną opowieść o życiu jej znajomych z pracy, ale nie przeszkadzało jej to. Lubiła słuchać tych historii, bo czasem, nawet jeśli nie były to jej przeżycia, opisywała je w swoich piosenkach tak, jakby to ona ich doświadczyła. Albo po prostu słuchała, by za dzień czy dwa kompletnie o tym zapomnieć.
Dziewczyna kiwnęła głową, na znak, że pamięta, a kobieta może kontynuować.
- Właśnie! Już trochę podrosły, są grubsze i zdecydowanie weselsze, niż wtedy… Pamiętam te biedne wychudzone koteczki, co to siły nie miały nawet, by zamiauczeć. To już nie te same zwierzaki, całe szczęście. Daria pokazywała nam w czytelni filmy jak… - kontynuowała, całkiem zaabsorbowana swoim zajęciem.
Od czasu do czasu Anka potakiwała, chcąc pokazać, że słucha, choć powieki same jej opadały. Sięgnęła po picie pierwsze lepsze z brzegu lodówki, którym okazało się mleko i wypiła z gwinta ponad połowę butelki. Przez szelest butelki nie zauważyła, kiedy jej mama przestała opowiadać. Dopiero gdy zakręciła zakrętkę i odłożyła mleko na miejsce, spojrzała na wpatrującą się w nią jej starszą, ciemnowłosą wersję. Zamknęła drzwiczki lodówki i pytającym wzrokiem wymusiła na matce, żeby zadała pytanie, które widocznie bardzo chciała zadać, ale się wahała.
- Już nic - mruknęła, odwracając wzrok.
Córka już po chwili zaczęła odliczać w myślach sekundy, kiedy tamta zmieni zdanie. Uśmiechnęła się lekko, kiedy przy zero, kobieta znów spojrzała na córkę.
- Tym razem też byłaś u Daniela? - spytała podejrzliwie.
- Tak, wiesz, żeby grać dobrze, trza ćwiczyć - odpowiedziała spokojnie.
- Trzeba - poprawiła ją szybko.
Kobieta strasznie nie lubiła skrótów słów, które  i tak były krótkie, kiedy się z nią rozmawiało, czy pisało. W mailach zawsze poprawiała, nieważne z kim rozmawiała, że przykładowo nie piszę cię “3-os”, a “trzyosobowy”. Uważała, że to naprawdę nie jest na tyle męczące, żeby napisać te kilka liter więcej, a wygląda i czyta się o wiele łatwiej i przyjemniej.
- Na pewno tylko ćwiczyłaś?
- Jeszcze przetwarzałam tlen na dwutlenek węgla - oznajmiła ironicznie, na co obie się zaśmiały.
- Po prostu sobie myślałam, że spędzacie dużo czasu ze sobą i wiesz… Ten tego… - mama próbowała podsunąć jej myśl, nie mówiąc jej na głos.
- Wiesz jaki jest Daniel - westchnęła, kierując się ku wyjściu z kuchni.
- Twoje pokolenie jest takie dziwne - podsumowała kobieta, na tych słowach jednak nie kończąc. - Chłopcy noszą rurki i zachowują się tak, że to-to ciężko rozpoznać, czy na pewno płeć męska, a nawet jak się rozpozna to i tak wygląda pedał…
- Mamo! - oburzyła się Ania, patrząc na matkę z pod byka.
- A jak trafi się normalny chłopak… - kontynuowała, całkowicie ignorując dziewczynę. - To akurat homoseksualista.
- Takie życie - skwitowała Nan.
- Ja się tobie nie dziwię. Jak bym w takich czasach była nastolatką, to też bym…
- Mamo! - znów przerwała rodzicielce.
- Dobra, już dobra, idź spać, czy coś - mruknęła niezadowolona, odstawiając pusty kubek do zlewu. - Możesz go i Maćka, czy jak mu tam, kiedyś zaprosić, z chęcią poznam.
- Glitch’a - poprawiła tym razem Anka.
- Zwał jak zwał, chociaż trochę to nie miłe z waszej strony nazywać go usterką… To jak nazwać kogoś mądrego amebą, tak dla przekory, przecież on nic nie psuje!
- Hai, hai...
Westchnęła i obrzuciła kobietę przelotnym spojrzeniem ostatni raz tego dnia, wychodząc z cichym szeptem “dobranoc”. Idąc słyszała jeszcze, jak jej mam mruczy coś pod nosem, mówiąc do siebie, ale olała to, jak ona ją wcześniej i zniknęła za rogiem swojego pokoju.
Nie było to duże pomieszczenie i ciężko byłoby je nawet nazwać średnim. Na końcu podłużnego, wąskiego, niemalże korytarzu utrzymanego w czarno-szaro-białych stała rozkładana sofa, która służyła Ance za łóżko. Nad nią było okno z dość szerokim parapetem, by zostawić na nim nieumyte naczynia z kilku śniadań wstecz, czy też nie do końca przeczytanych książek. Naprzeciwko drzwi stała ogromna, czarna szafa z popsutymi drzwiczkami, których nigdy nie dało się domknąć, a obok niej dwie, pomalowane na biało-szaro szafki, jedna postawiona na drugiej. Dalej, na prawo stała kolejna sofa, w przeciwieństwie do tamtej szara, a nie czarna, z białymi paskami i kilkoma fandomowymi poduszkami, które Nan ceniła sobie jak nic innego, ponieważ na poszewce, której się zdjąć nie dało, były postacie z jej ulubionych seriali. Na drugiej sofie leżały zwykłe poduszki, dlatego tam spała - tych fandomowych nie chciała ubrudzić. Sofa ciągnęła się aż do tej drugiej, więc nie trudno było sobie wyobrazić jak długi jest ten pokój za każdym razem, gdy Ania komuś o nim opowiada. Za to po drugiej stronie pokoju stało tylko biurko, obowiązkowo zawsze zawalone stertą kartek i innych drobiazgów. Nad biurkiem były połączone z nim szafki, jedna bez drzwiczek, ale druga, ta wyższa, miała nawet zamek na klucz. Na półce, którą widać od razu po wejściu do pokoju, wrzucała się w oczy pokaźna kolekcja japońskich komiksów, czyli mang. Obok biurka, stała jeszcze jedna szafa z kilkoma półkami bez drzwiczek, gdzie stały książki lub pudełka, z grami planszowymi, lakierami do paznokci albo włosów i pamiątkami, oraz kilka zamkniętych szafek, gdzie były ciuchy. A raczej byłby by ciuchy, gdyby cokolwiek magicznym sposobem się wyprało i nie zmuszało biednej Nan, żeby musiała o tym pamiętać.
Dziewczyna, zbyt zmęczona, żeby cokolwiek zrobić poza pójściem spać, przeszła przez leżące na ziemi ciuchy bez trudu i opadła na nierozłożone łóżko. Mruknęła coś niezrozumiałego w poduszkę, co prawdopodobnie miało być tylko męczeńskim jękiem sygnalizującym, że jest niemalże wykończona życiem i sięgnęła po koc, którym się przykryła. I tak, w niezbyt wygodnej, ale też nie nadto niewygodnej pozie, jedynie pod kocem, zasnęła.

***
Było zbyt wcześnie, żeby przeciętny człowiek chociażby pomyślał o wstaniu, a nie przekręceniu się tylko na drugi bok. Na zewnątrz był mróz, co najmniej, jak podejrzewała Nan, minus dziesięć stopni. Śnieg wyjątkowo tego dnia nie padał, jednak jego pozostałości z ostatnich dni, zabrudzone błotem, i przez to utraciwszy swoją dawną biel, tworzyły małe zaspy, oddzielające ulice od krawężników. Śliskie drogi nie wyglądały na bezpieczne, jednak pewni siebie kierowcy nie ustępowali porze roku i dalej jechali, a korki uliczne nie zmalały ani trochę.
Ania naprawdę mocno zastanawiała się, czemu nie skserowała tego idiotycznego tekstu w weekend, kiedy miała do tego dostatecznie wiele okazji. Jednak jej lenistwo przekraczało wszelkie granice, dlatego, gdy magicznym sposobem przypomniało się jej, że dziś jest poniedziałek, wstała o szóstej rano, by o siódmej pójść do najbliższego, a i tak odległego kiosku. Mimo że śnieg nie padał, wiał ostry, lodowaty wręcz wiatr i to wprost w jej twarz, której nie udało się zakryć nawet czapką, zaciągniętą aż za oczy i zasłaniającą cały widok.
Malutki dzwonek zawieszony nad drzwiami zabrzęczał, kiedy dziewczyna weszła do środka niezbyt dużego pomieszczenia. Wokół niej, na tanich, metalowych regałach stało multum gazet, czasopism oraz magazynów, które niemal natrętnie wypychały na pierwsze strony artykuły, o najświeższych nowinkach z świata sławnych osób. Niestety, niezbyt obchodziło to Anię, która nie zwracając na nie nawet najmniejszej uwagi, skierowała się do kasy.
- Dzień dobry - uśmiechnęła się lekko do kobiety za blatem.
Ta jednak nie wydawała się zbytnio zadowolona z godziny i miejsca, w którym stoi, z samego faktu, że musi tu stać oraz na pewno z wielu innych przyczyn. Minę miała skwaszoną, głowę podpierała na ręce, niemal zasypiając na siedząco, a oczy, zamykające się coraz bardziej z każdą minutą, ledwie potrafiła utrzymać otwarte.
- Nie dobry - odparła od razu, zgorzkniałym głosem.
Po krótkiej przerwie na ziewnięcie, zorientowała się jednak, że jest w pracy i przeszła w bardziej zawodowy, jak na taką pracę, ton. Podniosła się, przez co od razu wydała się wyższa i spojrzała nieprzyjemnie na klientkę przed nią.
- Co mogę dla pani zrobić?
- Mogłaby to pani skserować? - zapytała, niepewnie podsuwając kobiecie plik kartek niemal pod sam czubek nosa.
Zrobiła to natychmiast po zadaniu przez tamtą pytania, jakby bała się, że ekspedientka uśnie, zanim zdąży dokończyć zdanie.
- Ksero nieczynne - odpowiedziała oschle, wracając do ociężałej pozy z bródką opartą na dłoni. - Jeśli to tyle to…
- Naprawdę nie da się nic zrobić? Dopłacę - blefowała, bo nawet nie była pewna, czy aby na pewno ma pieniądze na zwykłe ksero.
- Nie czynne, nie działa, popsuło się - wyjaśniła kobieta jak dziecku, z wyczuwalną irytacją w głosie. - Nic się nie da zrobić, naprawdę mi przykro. Coś jeszcze?
- N-nie… - powiedziała dopiero po chwili, zaskoczona bezczelnym zachowaniem pani na przeciwko niej.
- Nic nie kupujesz, to żegnam - odparła, nie zjeżdżając z oschłego tonu.
Ania jeszcze chwile stała w miejscu, jakby się nad czymś gorączkowo zastanawiając, po czym wyszła z kiosku. Owiał ją znów zimny wiatr, a jednocześnie poczuła na gołych dłoniach minimalnych rozmiarów krople, które prawdopodobnie zapowiadały deszcz.
Dziewczyna naprawdę nie cierpiała zimy przez wzgląd na to, że nie mogła w tym czasie jeździć swoim motocyklem. Jazda nim była wspaniałą rzeczą, nawet w chłodne dni, kiedy ręce sztywniały jej, zaciskając się na kierownicy, a niedopięta czasem kurtka przepuszczała niewielkie ilości zimnego wiatru. Jednak zimą byłoby to niemożliwe. Wystarczyłoby, żeby lekko się poślizgnęła, a nawet twardy kask nie uchroniłby jej przed szpitalem, a może i nawet rychłą śmiercią. Już samo wyobrażenie sobie takiego wypadku, gdzie kręgosłup wygiąłby się nienaturalnie w inną stronę, czy nogi połamałby się, kiedy przez odrzut uderzającego o jakiś mur motocykla trafiłaby do rowu, albo gdzie indziej, przyprawiało ją o niemałe dreszcze.
Ale ze skórzaną kurtką i ciężkimi buciorami nie rozstała się nawet teraz, gdy zmuszona była do jechania autobusem.
Jednak nie to, jak bardzo by się połamała przy poślizgu motorem, ją teraz martwiło. W odmarzających powoli rękach wciąż trzymała tej samej grubości “scenariusz” do jednej sceny, której nawet nie przeczytała, a co dopiero skserować. Dziewczyna musiała przyznać, że trochę obawiała się reakcji Emmy, która zdecydowanie była perfektcjonalistką i nie chciałaby takich niedociągnięć. Zdanie na swój temat pewnie i tak w jej oczach i tak już miała niskie, przynajmniej tak myślała Nan, kiedy po raz pierwszy widziała niemal pogardliwą minę Emmy do wszystkiego, co ją otaczało, w tym jej. Na pierwszy rzut oka było widać, że jest arogancka i lekko zadufana w sobie i choć nie przesadnie, ponieważ na pewno się nie chwaliła wszem i wobec swoim talentem, to jednak przy rozmowie wyszło, że uważa się za odrobinę lepszą od innych. Albo takie tylko sprawiała wrażenie.
Ania nie zdążyła nawet usiąść na przystanku, kiedy podjechał autobus. Miała jeszcze czas, w końcu myślała, że więcej czasu zajmie kserowanie, do którego w końcu nie doszło. Jednak między wizjami zamarzania na przystanku, a trochę mniejszego zamarzania w szkole wolała tą drugą. Bez zastanowienia więc wsiadła do środka pojazdu i usiadła na jednym z, o dziwo, niewielu wolnych miejsc jak na tą godzinę. Czekało ją teraz co najmniej piętnaście minut drogi, choć podejrzewała, że zajmie to troszkę więcej, więc mogła przeczytać kilka pierwszych stron jej wspólnej sceny.
Scena na pewno była rozmową dwóch przyjaciółek, na jakiś bliżej nie pojęty temat. nie było to z żadnego, znanego dziewczynie musicalu, których i tak nie znała dużo. W tej szkole często dawali uczniom przerobione sceny z musicali, żeby można było je teatralnie zagrać, a nie zaśpiewać, o ile nie była to klasa skierowana właśnie w kierunku muzycznym, do której Ania należała. Nie wpływało to jednak na niektóre zajęcia, tak jak te, przez które poznała Em, bo niektóre lekcje połączono, by nie zamykać młodzieży na tylko jeden kierunek aktorstwa. Emma, z tego co wiedziała dziewczyna, należała do jednej z wyróżnionych klas w placówce, gdzie zespolono wszystkie rodzaje grania na scenie.
Musiała przyznać, że robiło to delikatne wrażenie i rodziło szacunek, mimo niechęci do wspólnej pracy.
Nan, widząc, że został jej ostatni przystanek do końca jej trasy, schowała plik kartek i wstała z miejsca, ustępując jakiejś tęższej kobiecie. Podeszła do drzwi i ze spokojem czekała, aż autobus dojedzie do końca, by wcisnąć guzik i wylecieć, popchniętej przez tłum, na śnieg. Zaśmiała się w myślach, włączając optymistyczne myślenie, że przynajmniej ten śnieg nie był żółty, po czym wstała i pobiegła w stronę szkoły.